Information

Populate the side area with widgets, images, and more. Easily add social icons linking to your social media pages and make sure that they are always just one click away.

KILKA SŁÓW O KLIENCIE ZAKŁADU POGRZEBOWEGO

Rozmawiając o mojej pracy zdarza się, że słyszę od rozmówcy: „Pana praca musi być trudna, bo praca z ludźmi zawsze taka jest, a tym bardziej z osobami po stracie – współczuję Panu”.

Choć często to słyszę, przyznaje, że nawet po latach pracy w zakładzie pogrzebowym nie wiem, co odpowiedzieć. Oczywiście trudni klienci się zdarzają, bo niby dlaczego nie miałoby ich być, skoro są wszędzie? Zanim jednak zdążę odpowiedzieć, coś w stylu: „przyjmuję wyrazy współczucia” z tyłu głowy pojawiają się wspomnienia, klientów (rodzin), z którymi współpraca była dla mnie piękną i ważną lekcją życia, która wniosła naprawdę wiele do mojej pracy i życia prywatnego. Jak więc odpowiedzieć? „Dziękuję przyjmuję wyrazy współczucia” – brzmi kiepsko, „Ależ skąd moja praca, to czysta przyjemność” – Brzmi jeszcze gorzej.

MOI KLIENCI NIE SKŁADAJĄ REKLAMACJI

Kiedyś byłem świadkiem rozmowy dwóch przedsiębiorców na temat swoich klientów. Narzekali bez końca, że to źle, a tamto jeszcze gorzej, a do tego te reklamacje! Z ich rozmowy wynikało jedno: klient to najgorsze, co mogło ich w życiu spotkać, przez cały ten czas siedziałem cicho, spokojnie przysłuchując się w duchu coraz bardziej uśmiechając się pod nosem. Gdy wyrzucili już wszystkie swoje żale i zapadła krótka cisza, odezwałem się z absolutną powagą:

„A ja nie mam reklamacji.”

Ich wzrok skupił się na mnie: „Ale jak to możliwe?” – usłyszałem chóralnie

Wtedy z jeszcze większą powagą odparłem:

„Jestem przedsiębiorcą pogrzebowym, moi klienci są martwi”.

I to było ostatnie poważne zdanie, bo po nim wszyscy, którzy siedzieli przy stoliku zaczęli się długo i głośno śmiać.

Jak widzicie ustalenie kto jest klientem zakładu pogrzebowego nie jest takie oczywiste i bywa tyle śmieszne, co kłopotliwe. Zmarły nie przyjdzie do biura, nie podpisze umowy i nie zapłaci za usługę. Osobiście bliżej mi do określenia osoby zmarłej mianem pacjenta niż klienta – choć zdaję sobie sprawę, że i to określenie jest mocno chybione.

Słowa klient nie lubię również w kontekście bliskich, którzy organizują pogrzeb. Ich staram się nazywać po prostu rodziną zmarłego.  Często stosuję skrót myślowy i tak zamiast klientów w biurze przyjmuję po prostu rodzinę. Lubię to słowo, jest w nim coś bliskiego, bardziej zobowiązującego. To określenie niesie w sobie coś więcej niż relacja klient – usługodawca. Daje poczucie bliskości i odpowiedzialności. Ta gra słów bywa jednak zabawna. Pozwólcie, że przytoczę pewną anegdotę.

RODZINA MOŻE POCZEKAĆ

Któregoś dnia, w trakcie, gdy z rodziną zmarłego ustalaliśmy szczegóły pogrzebu zadzwonił telefon. Niezręcznie w takich sytuacjach jest mi odbierać telefony, ale w tej sytuacji wiedziałem, że muszę. Odebrałem, żeby powiedzieć tylko krótko:

„Nie mogę teraz rozmawiać, mam u siebie rodzinę.”

Na to w słuchawce usłyszałem zirytowany kobiecy głos:

„Rodzina może poczekać, ja jestem Pana klientką.”

W tej właśnie chwili zdałem sobie sprawę z dwuznaczności tego sformułowania. Pani po prostu myślała, że w godzinach pracy spędzam sobie miło czas z moimi bliskimi.

KTO MA AKT ZGONU TEN DECYDUJE

Nieprzypadkowo klientów określam mianem rodziny, bo to właśnie spokrewnieni najczęściej organizuje pogrzeb. Oczywiście, nie zawsze rodzina chce lub może zająć się pogrzebem, w takim przypadku, nawet osoba obca, ośrodek pomocy społecznej, czy DPS może zorganizować pogrzeb.

W praktyce w polskim prawie próżno szukać wytycznych kto ma pierwszeństwo w organizacji pogrzebu. Uznaniowo przyjmuje się, że jest to najbliższa rodzina: współmałżonek, rodzice, dzieci, potem dalsi krewni, a w razie ich braku, osoba obca lub instytucja publiczna. W zakładach pogrzebowych przyjmujemy więc zasadę, że kto ma akt zgonu ten ma decydujący głos.

To proste rozwiązanie ma jednak swoje ciemne strony. W swojej karierze miałem przypadek, gdy skłócone dzieci zmarłego organizowały pogrzeb w dwóch różnych zakładach pogrzebowych jednocześnie. Wyobraźcie sobie sytuację, że pod dom, w którym znajduje się ciało przyjeżdżają dwa karawany konkurujących firm. 

Innym razem kuzynka zmarłej przyniosła akt zgonu i oświadczyła, że jest jej jedyną rodziną. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka godzin przed pogrzebem zadzwoniła siostra zmarłej. Nie muszę chyba pisać, że rozmowa nie należała do tych najmilszych i mogła doprowadzić do odwołania pogrzebu. Praca w zakładzie pogrzebowym wymaga stalowych nerwów i nieograniczonych pokładów empatii, by poradzić sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach.

MROWISKO BEZ KRÓLOWEJ

Przyjmijmy jednak, że takie sytuacje są rzadkością. W większości przypadków do biura przychodzi najbliższa rodzina. Najczęściej współmałżonek z dziećmi lub same dzieci. W skrajnych przypadkach bywa tak, że do biura przychodzi cała drużyna. Dziesięć osób i więcej. Wtedy opanowanie chaosu staje się prawie niemożliwe. Komfortową sytuacją jest, gdy pojawia się od dwóch do czterech osób no i oczywiście, gdy jest wśród nich osoba decyzyjna.

Każda rodzina ma przecież kogoś, kto zawsze decyduje, dla mnie lepiej, jeśli będzie wtedy w biurze. Oszczędza to długich rozmów telefonicznych, przekazywania informacji i szukania rad wśród kuzynów, szwagrów i wujostwa.

Najgorzej, jeśli to właśnie tej osobie trzeba zorganizować pogrzeb. W takim przypadku rodzina zaczyna przypominać mrowisko, które właśnie straciło królową – rozpacz, chaos i totalna dezorientacja.

Na drugim biegunie jest sytuacja, gdy pogrzeb próbuje zorganizować jedna samotna osoba. Jeśli nie ma wśród rodziny osoby, która pomogłaby w organizacji pogrzebu, warto poprosić o pomoc kogoś z bliskich przyjaciół, kogoś kto nie był aż tak bardzo emocjonalnie związany z osobą zmarłą. Taka osoba będzie nieocenionym wsparciem.  Racjonalnie oceni nasze decyzje i odpowiednio doradzi.

KONDOLENCJE I WYRAZY WSPÓŁCZUCIA – NIE DZIĘKUJĘ

Praca w zakładzie pogrzebowym bywa trudna, ale nie przez „trudnych klientów”. Jej trudność wynika przede wszystkim, z tego, że spotykam ludzi w momencie, w którym najbardziej bezbronni i zagubieni. Dlatego to dla mnie „rodzina” a nie klienci. Właśnie tak ich traktuję – z bliskością, szacunkiem i poczuciem, że przez chwilę jestem częścią ich historii.

Jak w prawdziwej rodzinie, czasami bywa ciężko, ale równie często bywa pięknie. Spotykam ludzi, którzy mimo swojego cierpienia potrafią okazać wdzięczność, życzliwość i ciepło. Kiedyś po konsolacji do naszego rodzinnego domu przyjechała „klientka” z ciastem, wpadła tak po prostu na kawę, w podziękowaniu za pomoc. Nie chciała jeszcze wracać do pustego domu. Był to dla nas bardzo wzruszający moment. Takie chwile, dodają sił i nadają sensu naszej pracy i życiu.

Kluczem jest zrozumienie, że pracuje się z osobami pogrążonymi w bólu, którzy właśnie próbują poradzić sobie z ogromną stratą. Moją rolą jest być przy nich, w tym całym chaosie, w przenikliwej rozpaczy i głuchej ciszy, tak by nie czuli się sami.

Wszystko to sprawia, że nie przyjmuję wyrazów współczucia z powodu mojej pracy. Wolę myśleć, że moja praca, mimo trudnych chwil jest przede wszystkim spotkaniem z drugim człowiekiem. To nie jest powód do współczucia, to przywilej i dar.

Autor wpisu

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments